Wawel... Dlaczego? Czy bardzo dobrze?

 

Ten tekst nie jest o zmarłym prezydencie RP.

Ten tekst nie jest o wszystkich pozostałych zmarłych w katastrofie.

Ten tekst jest o mnie.

 

Czekałem z wypowiedzią na ten temat do końca żałoby. Pozwoliłem sobie raz wyrazić emocje na jednym z portali a potem zamilkłem. Nie dlatego, żeby uszanować czyjeś apele ale, po prostu wobec śmierci, tak naprawdę, wszystko jest tylko chwilą... Symbole również... Niestety...

Zaznaczam na początku, że nie należałem, ani nie należę do adoratorów prezydentury Lecza Kaczyńskiego. Krytykowałem go, ale nie obrażałem. Jego prezydentura dla mnie nie była ani taka zła jak niektórzy mówili, ani taka dobra jak mówili inni... Jednak był moim prezydentem... Wybranym demokratycznie, w demokratycznym kraju... Na taki kraj wielu z nas czekało z utęsknieniem wiele, wiele lat. Na kraj, w którym można się kłócić, nawet wykraczając czasem poza granicę dobrego smaku, bez obawy o represje... Na kraj, w którym trudna sztuka demokracji będzie mozolnie, rok po roku, rozwijane lepiej lub gorzej, ale będzie... Na kraj, w którym taka wielka (choć wolałbym żeby w ogóle się nie wydarzyła), niewyobrażalna tragedia, będzie wchłonięta przez nas tak głęboko i tak prawdziwie, bo jako obywatele wolnego państwa nie mamy już żadnych przeszkód, żeby się utożsamić z Naszym państwem... Bo na pokładzie tego samolotu mógł być każdy z nas... Taka jest istota demokracji... Z perspektywy Naszego państwa ja osobiście zaczynam myśleć powoli w kontekście losu, przeznaczenia... O tym, że tak dużo od niedawna jest tylko i wyłącznie w naszych rękach... I o tym, że to jest jednocześnie takie łatwe do napisania a taki trudne do zrealizowania.

 

Zmarły tragicznie prezydent mojego kraju wpisywał się w stu procentach w moją wizję tej raczkującej demokracji... Młodej tożsamości państwowej...

 

Bez żadnych sztuczności mogłem polemizować z jego wypowiedziami rano a wieczorem z dumą pokazywać dziecku, śmiesznego niskiego pana w telewizji i mówić: „To jest Nasz prezydent”

 

I po prostu zapłakać, gdy podany komunikat o katastrofie samolotu ugrzązł w głowie jak jakaś abstrakcyjna i niezrozumiała myśl.

 

I w te chwile, które kotłowały się dzień po dniu, nagle wdarło się coś, co wywołało we mnie sprzeciw. Pojawił się Wawel... Nekropolia Narodowa... Podkreślam słowo Narodowa... Nie chodzi o to, że tam spocznie para prezydencka ponieważ śp Lechowi Kaczyńskiemu obojętnie gdzie stanie do konfrontacji z historią, która i tak sama napisze swoja wersję... Chodzi o to, że nie mogę się uwolnić od myśli, że kilka osób w tym kraju podjęło decyzję za cały naród... Nie mogę tego pojąć wobec informacji, że to nie pomysł rodziny... Nie mogę tego pojąć wobec informacji, że to nie decyzja kardynała Dziwisza... Nie mogę tego pojąc wobec apeli o to, aby nie podejmować za szybko politycznych decyzji... Nie mogę tego pojąć wobec tak dziwnych informacji o źródłach tego pomysłu... Niestety... Ciągle towarzyszy mi poczucie, że coś w tym (znowu pojawiło się to słowo zamiast „w moim”) kraju stało się za moimi plecami.

 

Znam osoby, które głosowały na Lecha Kaczyńskiego i są oburzone tą decyzją... Znam jego przeciwników, dla których jest to zupełnie naturalna i słuszna decyzja...

 

Tak sobie tylko myślę, że gdyby to była decyzja narodu zaakceptowałbym to w sposób naturalny i niepodlegający żadnym wątpliwościom.

 

Bo to by się wydarzyło w Moim kraju... Z woli Narodu...

 

Reszta byłaby milczeniem.